Strona powstala 27.08.2001

 

Strona Główna

Kontakt

O stronie

Szukaj: wedlug slow kluczowych - wedlug pytan

AustraLink.pl


Image Map

 

SAMO ZYCIE 

ELWIRA I GRZEGORZ

W styczniu 2003 Grzegorz napisal do mnie pierwszy e-mail, a w tydzien pozniej juz byl w Adelaide, a w dodatku nie przyjechal sam.

Juz mnie chyba nic nie zdziwi.

 

Odcinek 1 - Decyzja  

Odcinek 2 - Wytyczanie trasy, wizy, bilety i ... Witaj Australio

Odcinek 3 - Podroz do Adelaidy

Odcinek 4 - Adelajda i Sydney

Zdjecia Czesc 1

Zdjecia Czesc 2

Zdjecia Czesc 3

Wiersze


Odcinek 1 - Decyzja

DECYZJA

Gdy dziś patrzę wstecz, zastanawiając się gdzie i w którym momencie naszego życia podjęliśmy decyzję o próbie emigracji, uświadamiam sobie, że to jeden z nielicznych przypadków w ewolucji związków małżeńskich, gdzie kłótnia nie rujnuje, lecz tworzy podwaliny nowych możliwości szczęśliwej egzystencji.

W czerwcu 2002 roku, wykończony kolejnym niepowodzeniem i trudnościami związanymi z rozwojem własnej mini firmy, nie doceniając wspaniałej polityki podatkowej „Geniusza Tatr”, patrząc z obrzydzeniem na te same twarze, mówiące za szklanego ekranu od dwunastu lat o budowie państwa sprawiedliwego i opiekuńczego, tak naprawdę myślących tylko o sobie i bandzie kolesiów z prawa i lewa, zapytałem sam siebie, czy warto dalej brnąć w błocie tego kraju kultury ziemniaka? Gdzieś zatraciłem miłość do Słowackiego, podziw dla Kościuszki, nie wzruszał mnie już hymn grany z rzadka orłom naszego sportu.

Odpowiedź była prosta. Dosyć, dosyć, dosyć!!! Byłem w takiej depresji, że gdyby tylko zrodziła się szansa, poprosiłbym o azyl w Czechach, dokumentując swe pochodzenie zamiłowaniem do piwa i Haszka.

Elwira, moja kochana, nie chciała słyszeć kiedyś o wyjeździe, teraz powoli dojrzewała do trudnej decyzji, zwłaszcza dla trzydziestolatków z ustabilizowanym życiem, posiadających jak na swój wiek w tym kraju całkiem sporo, mających córkę nie widzącą świata poza dziadkami.

Problemem pozostawał tylko kierunek, ja marzący o USA, Elvis o kraju bardziej przyjaznym, bezpiecznym. Myślała o Niemczech, gdzie mogła bez przeszkód otrzymać obywatelstwo, Włoszech, którymś z krajów Związku Socjalistycznych Narodów Europy Zachodniej.

Któraś wieczorna rozmowa Polaków zakończyła się hasłem rzuconym przez moją żonę w ataku bezsilności, gdy brakuje już argumentów w rozmowie z zatwardziałym, upartym osłem- Australia.

Australia? Na Boga, gdzie to jest? Kraina kangurów, Aborygenów, Tomka, bumerangów, kontynent co z zabytków ma operę i jeden most, a obywatele to w prostej linii spadkobiercy Kuby Rozpruwacza, chwalący się najwyższym spożyciem piwa na statystycznego tubylca ( to akurat mi nie przeszkadzało ).

Dziś dostrzegam, jakim ignorantem i  typowo polskim bufonem myślowym w tej dziedzinie wiedzy byłem.

Nie przespałem nocy, siedząc w internecie, przeszukując domową biblioteczkę, odszukując w pamięci osoby, które choć raz w mojej obecności wypowiedziały nazwę tej krainy.

Rano wiedziałem już na pewno, że znalazłem sobie cel, miejsce na Błękitnej Planecie, w którym chciałbym z moimi najbliższymi przeżyć to, co mi zostało jeszcze do przeżycia.

 

WYSOKOIE RACHUNKI, UŚMIECHNIĘTA AMBASADA, GRUDNIOWA SZALONA KOLACJA

Od pamiętnej nocy stałem się internautą każdej wolnej chwili, z jedną myślą, która opanowała w stu procentach mój umysł i sny- jak najszybciej zdobyć  najwięcej wiadomości, pozwalających zrealizować nowe plany i stare marzenia.

Rachunki, które zaczęły przychodzić, wystawiane przez „ najjaśniejszą, najtańszą Tepsę” doprowadzały do zawrotów głowy, lecz wmówiłem sobie i żonie, że wielkie projekty wymagają ogromnych wyrzeczeń.

Uzbrojeni w setki informacji,  pytań, z ssącym uczuciem niepewności postanowiliśmy wybrać się do Warszawy, poznać obyczaje panujące w ambasadzie, chcąc u źródła potwierdzić wszystkie dotychczas zdobyte wiadomości.

Ludzie!!! Są w tym kraju normalni urzędnicy. Uśmiechnięci, uprzejmi, życzliwi, serdeczni!!!

Pani za szybą przyjęła nas jak starych, dobrych znajomych, wysłuchała, doradziła, potwierdziła, że nasz plan emigracji poprzez edukację i zdobycie australijskich kwalifikacji jest o.k., wyposażyła nas za opłatą w wszystkie broszury i formularze, bezpłatnie w katalog uczelni z kontynentu kangurów i jeszcze na koniec z uśmiechem szczerym życząc nam powodzenia i szybkiego zobaczenia, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nasz wybór jest jak najbardziej właściwy.

Wszystkie zatęchłe biurwy, urzędasy, z wszystkich polskich miast i wsi, co znaleźliście sobie miejsca za biurkami, jako teren przetrwania dla nieudaczników i niekompetencji swojej, na szkolenie do Ambasady Australii!!!

Czas biegł nieubłaganie szybko, nadeszły święta Bożego Narodzenia, nasza najbliższa rodzina przerażona planami zasiadła do wigilijnego karpia z drżeniem serca, wierząc, że nam przeszło.

Tylko mój teść, stary obieżyświat, człowiek, który dotychczas jedynie nie odwiedził właśnie Australii, popierał w pełni nasz projekt. Podczas tej kolacji, łamiąc się opłatkiem nadziei, postanowił nam pomóc jak tylko może, i ku przerażeniu naszych matek oraz licznie zgromadzonej przy stole familii stwierdził- „ załatwiajcie wizy turystyczne, musicie zobaczyć miejsce gdzie chcecie żyć, zabieram was w lutym do Australii”.

Do końca życia będę pamiętał ten kawałek placka z makiem, przez który o mały włos nie zapukałem do krainy Wielkiego Manitu. Dobrze wiedziałem, że jego słowa to nie żarty, znając jego charakter od wielu lat. 


powrot do gory

Odcinek 2 - Wytyczanie trasy, wizy, bilety i ... Witaj Australio

WYTYCZENIE TRASY, WIZY, BILETY

Wynikiem mego internetowego amoku było wyszukanie kilku najbardziej wartościowych dla mnie z punktu poznania warunków życia w Australii stron, które odwiedzałem niemal każdego dnia.

Wśród nich, jedna,  powoli stając się dominującą, strona Stana. Czytaliśmy ją dzień po dniu, czekając na nowe informacje, obserwując innowacje graficzne, coraz bardziej odczuwając platoniczną miłość do Adelaidy, martwiąc się, czy aby autor nie zachorował, gdy brakowało modyfikacji przez kilka dni.

Gdy ochłonęliśmy po otrzymaniu propozycji zwiedzenia piątego kontynentu, wiedzieliśmy, że musimy zobaczyć Adelaidę i Południową Australię. Przekonaliśmy sponsora, ustalaliśmy, ile możemy przebywać poza krajem bez konsekwencji dla naszej pracy, życia rodzinnego ( Daria- nasza córeczka musiała pozostać z babcią), szczegóły pobytu i wyszło nam, że na naszą wyprawę możemy przeznaczyć trzy tygodnie.

Wtedy wydawało nam się, że to wystarczający okres, dziś wiemy, jak to krótko.

Wizy turystyczne nie były większym problemem, załatwiliśmy wszystko osobiście, bez pośrednictwa poczty, i jeżeli mogę coś doradzić, jeśli ktoś też się wybiera, to warto zabrać jak najwięcej papierków związanych z posiadanymi środkami, pracą itp. Sądziłem, że mając środki na koncie, oświadczenie teścia o sponsorowaniu  wycieczki, jego wyciąg bankowy, wystarczy wpisać tylko nazwę swojej firmy i adres.

Musiałem dosyłać faksem wszystkie dokumenty związane z własną działalnością.

Przysłowiową drogą przez mękę było zdobycie biletów lotniczych. Jedynym terminem naszej ekspedycji, z uwagi na dni wolne mojej żony, był 25 stycznia, z powrotem wyznaczonym na połowę lutego.

Wszystkie linie lotnicze i biura podróży patrzyły na nas, jak na szaleńców, proponując nam jedynie „ bussines class”, twierdząc, że podróż taką planuje się dużo wcześniej. Znajomy załatwił w jakiś cudowny sposób bilety

linii „Austrian Air” . Fantastycznie! Lecimy!

 

WITAJ AUSTRALIO !

Dojazd do Warszawy z Katowic to męka dla mnie i towarzyszy podróży. Miałem 40 stopni gorączki, dwaj lekarze nie potrafili mnie wyleczyć i zdiagnozować, kaszląc, na antybiotykach, wsiadałem na pokład B 737 „LOT-u” do Wiednia, nie do końca świadom, że oto pierwszy raz oderwę się od ziemi. Samo lotnisko warszawskie nie zrobiło najlepszego wrażenia, przypominając raczej dworzec autobusowy w Bździągwach Górnych, tak samo jak podane w samolocie śniadanie.

Wiedeń już nieco inaczej, być może zaczęły działać prochy, może to powoli docierająca świadomość.

Operatorem lotu z Wiednia do Sydney były linie „LAUDA AIR”, usadowiliśmy się wygodnie w fotelach B 777, i rozpoczęła się nasza podróż. Wszystkim polecam te linie, wierząc, że załatwiając bilety wcześniej można kupić je za mniejsze pieniądze, niż to udało się nam ( Warszawa- Wiedeń- Sydney + powrót tą samą trasą, kosztował nas 4 700 PLN od osoby). Doskonałe mniam - mniam, dla wielbicieli trunków wszystko czego dusza zapragnie, do wyboru i koloru, telewizorki, nowości filmowe, dobra muzyczka, miła obsługa i tylko te cholerne turbulencje, dzięki którym przypomniałem sobie w jakiej wierze zostałem wychowany, bełkocząc w myślach wszystkie modlitwy, z którymi się kiedykolwiek zetknąłem. Po 11 godzinach lotu międzylądowanie w Kuala Lumpur, 20 minut wśród tych przyjaznych wyznawców proroka, i kolejne 9 godzin lotu.

Przeleciało jak transmisja z obrad polskiego parlamentu i nareszcie lądujemy tam, gdzie chcieliśmy, cali, już niemal zdrowi, i szczęśliwi.

Odprawa jest błyskawiczna, uśmiechnięte twarze, sympatyczne pieski, co mają wykryć to co szkodzi, upał 35 stopni, my ubrani jak ci co mieszkają w kraju, gdzie co prawda niedźwiedzie polarne jeszcze nie hasają, lecz bałwanów ci dostatek i to nie tylko śnieżnych, nareszcie spotykamy się z naszym drogim Heniem, który przyleciał dzień wcześniej przez Bangkok innymi liniami.

Lotnisko w Sydney jest oszałamiające, przynajmniej dla mnie, prowincjusza, co widział niewiele.

Moja żona i teść, zwiedzili sporo, i krótko kwitują-fajne. Po powitaniach, rzucam się w poszukiwaniu kawiarenki internetowej i przeżywam kolejny szok, nie ostatni w Australii. Na terenie lotniska są miejsca, gdzie za darmo można do woli surfować po internecie. Dwa dni przed wylotem pozwoliłem sobie napisać do Stana, opisując naszą ekspedycję, naszą motywację, zapytując, czy aby nie miałby ochoty na krótkie spotkanie w Adelaidzie? Odebrałem jego maila na lotnisku z namiarami na niego i potwierdzeniem, że owszem znajdzie dla nas trochę czasu. Cudownie!!! Witaj Australio!!!    

 

powrot do gory

Odcinek 3 - Podroz do Adelaidy

PODRÓŻ DO ADELAIDY

Do hotelu Stamford, oddalonego od lotniska o pięć minut drogi dotarliśmy po 20 czasu lokalnego, do którego powoli musimy się przyzwyczajać. Szybki prysznic, przebieranko i już mój drogi teść zabiera nas na pierwszą australijską kolację. Nie wybieramy się do centrum Sydney, będziemy mieli na to jeszcze tydzień pobytu po powrocie z Adelaidy, zachodzimy więc do restauracji hotelowej. Świetne jedzenie, wołowina, baranina, owoce morza, lecz najważniejsze dla mnie jest australijskie wino. Nie jestem znawcą, bo aby nim być, potrzeba nie tylko wiedzy teoretycznej, lecz ponad wszystko trzeba  praktyki, godzin degustacji i dyskusji w gronie ludzi żyjących miłością do tego trunku. W enologii  niestety jestem na etapie „kleryka mniejszego seminarium” co to już przy świetle latarki przeczytał Starowicza i Wisłocką, lecz wciąż żyje marzeniami. 

W zależności od potrawy wypijam po kieliszku Shiraz i Chardonnay, zapominając sprawdzić oraz zapamiętać producenta i rocznik, natomiast przyznam, że bukiet zapachowy, intensywność koloru i smaku oszałamiają.

Pierwszy poranek na ziemi aborygenów o mały włos nie przyprawił mnie o zawał serca, gdy stojąc w panoramicznym oknie pokoju hotelowego miałem okazję policzyć włosy pilota „Jumbo Jeta” nacierającego na mnie z pasa startowego. W ostatnim momencie podniósł maszynę i poleciał w siną dal.

Nasz plan podróży do Adelaidy jest już opracowany we wszystkich szczegółach i o 11 rano rozpoczynamy jego realizację. Z hotelu dostajemy się z powrotem na lotnisko  niezawodnym „busikiem” , następnie dziesięć minut metrem do stacji Central, kilka poziomów, kilkanaście stopni, obładowani walizami, zdyszani, spoceni, zziajani docieramy do budynku dworca kolejowego w Sydney. O 14. 55 rozpoczynamy wielką wycieczkę pociągiem Indian Pacific. To najdłuższa linia kolejowa biegnąca przez Australię, mająca 4.352  km, łącząca Sydney z Perth, podróż trwa 65 godzin, sam pociąg ma 403 metry i pędzi ze średnią prędkością 85 km/ h. My jesteśmy pasażerami wagonów Gold Kangaroo Service, podobno najbardziej prestiżowej części pociągu i niestety czekają nas tylko 24 godziny tej pięknej eskapady.

Mieszkamy w pokojach wyposażonych niemal we wszystko (toaleta, prysznic, wygodne łóżka, radio, szafy, itp.).  Przez okna obserwujemy piękno przedmieść Sydney, ustępujące pięknu Gór Błękitnych, po czasie z kolei przeobrażając się w specyficzny urok australijskiej równiny.  Jako jedni z nielicznych nie pozostajemy zbyt długo w wagonie widokowym, gdzie od 16 trwa wieczorek zapoznawczy przy suto zaopatrzonym barku.

Prym wodzą Japończycy, którzy podczas przedstawiania wyrażają głośny wyraz zdumienia „ŁOOOOO” gdy słyszą, że jesteśmy z Polski, jeszcze głośniej wyjąc gdy dociera do nich, że w przewadze podczas tej podróży są Amerykanie. Nie do końca, do dziś wiem, dlaczego gdy ktoś mówił, że przyjechał z USA oni się kłaniali, jednocześnie wzdychając i głośno komentując. Japońska grupa była w wieku, w którym na pewno pamięta się jeszcze II wojnę światową, więc może chodziło o to. Okazało się, że podróżują jeszcze z nami miłe Węgierki, które co prawda urodziły się w Australii i Szwajcarii, jednak powiedzenie „Magyar Lengyel ket jobarat...”(Polak, Węgier...) znają doskonale. Międzynarodową ekipę uzupełniają oczywiście nobliwi Australijczycy i Brytyjczycy. Jesteśmy jednymi z najmłodszych pasażerów, nawet drogi Heniu ku swej radości załapał się do grupy juniorów tej turlającej się przez Australijskie krajobrazy podróży.

Po doskonałej kolacji, już w  pokoju, obserwujemy niebo usiane milionami gwiazd. Nigdy nie widziałem tak pięknego sklepienia niebios.

Rankiem wcześnie, bo o 6.30 jemy śniadanie, ponieważ o 8 pociąg zatrzymuje się w malowniczym, górniczym miasteczku Broken Hill, w którym od 1883 roku wydobywa się srebro, ołów i cynk.

Powoli, niestety dla mieszkańców miasta przemysł się kończy i muszą znaleźć inne sposoby na przetrwanie wśród tego pustkowia. Niewątpliwie nadzieją jest turystyka. Mamy półtorej godziny na zwiedzanie, część pasażerów decyduje się na zorganizowany wyjazd  podstawionym autokarem, my snujemy się leniwie po ulicach, dostosowując się do tępa życia Broken Hill. Piękne, pionierskie, słoneczne, uśmiechnięte miasto.

Przemili Japończycy w końcu zobaczyli pierwszego kangura, dzień wcześniej zbyt zajęci „integracją”, co głośno oznajmiają wszystkim krzycząc „kangaroo, kangaroo” jednocześnie podskakując i wyrywając nawzajem sobie kamery i aparaty fotograficzne, mimo że każdy jest obwieszony nimi niczym profesjonalny fotoreporter.   

Jest 16 i docieramy do Adelaidy, żegnani przez miłą obsługę. Szczęśliwej drogi Indian Pacyfic, obiecujemy , że jeszcze kiedyś przemierzymy cały szlak do Perth!

powrot do gory

Odcinek 4 - Adelajda i Sydney

ADELAJDA

Taksówkę, która nas wiezie do hotelu Townhouse, prowadzi kierowca, który nas dziwnie obserwuje, po chwili wszystko jest już jasne, to nasz krajan z Katowic, który mieszka w Adelaidzie kilkanaście lat. Tyle tysięcy kilometrów od domu „godomy się” jak się jechało „baną” i „kiery pjeron kaj mjyszko”.  Jest szczęśliwy, że spotkał rodaków, a w dodatku „z jednego hasioka”, utwierdzając nas w przekonaniu, że Adelaida to doskonały wybór miejsca do wypoczynku ale też i życia. Jak się dobitnie wyraził „tu jeszcze ni ma tylu haharów i inkszych lebrów”.

Hotel generalnie jest O.K. Nieco widać, że czasy jego świetności minęły kilka lat temu, lecz jesteśmy zadowoleni, okazuje się, że mieszkamy w ścisły centrum, a pokoje są i tak w pełni komfortowe.

Pierwszy wieczór postanawiliśmy przeznaczyć na krótki rekonesans po głównych ulicach City. Miasto sprawia wrażenie wyludnionego i uśpionego, sennie snujący się mieszkańcy, większość sklepów o 20.00 pozamykana, to wszystko nieco nas szokuje. Mamy wrażenie, że sprawia to upał, który nawet o tej porze daje się odczuć (przynajmniej nam).

Całe dwa następne dni spędzamy na poznawaniu tylko i wyłącznie City, od lat nie pokonując tylu kilometrów piechotą. Okazuje się, że owe City jest zbudowane na planie kwadratu, czy też prostokąta, otoczonego wieńcem zieleni. Jesteśmy zachwyceni, urzeczeni i co krok zachowujemy się jak nasi znajomi  z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Wspomniałem o tym, że nasze emigracyjne plany są ściśle związane ze zdobyciem wykształcenia i kwalifikacji australijskich, przynajmniej na razie przez moją żonę, anglistkę po studium i trzyletniej filologii angielskiej (kończącej się w czerwcu tego roku). Postanowiła dalej kontynuować naukę w którymś z adelaidzkich uniwersytetów, dlatego też rozpoczęliśmy wizytowanie owych przybytków nauk wszelkich.

University of Adelaide jest położony w ścisłym centrum miasta, zachwycając  swą architekturą, doskonałym wkomponowaniem pomiędzy City, a otaczające go parki, z ogrodem botanicznym i zoo na czele i przede wszystkim z profesjonalizmem obsługi potencjalnego studenta połączonym  z uprzejmością i  wręcz ciepłem.

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że każdy cywilizowany kraj szanuje i kocha istoty, które chcą przywieźć sporo kasy i zainwestować ją w swoją edukację, jednak oboje poznaliśmy  smak naszych, nie raz wegetujących na paskudnym poziomie nauczania,  płatnych uczelni, gdzie semestr kosztuje tyle, że z przerażeniem patrzymy na stan swego konta, gdzie jednak panie w rektoratach, dziekanatach, z ustami pełnymi nieodłącznych pączków porannych i parzonej na sposób „polishwulgaris” czarnej kawy, rażą niekompetencją, chamstwem, arogancją, i dlatego daliśmy się urzec bez zmrużenia oka.

Pełnej informacji mieliśmy oczekiwać za kilka dni, więc postanowiliśmy odwiedzić jeszcze dodatkowo interesujący nas wydział  Univesity of South Australia, który znajduje się 15 minut od centrum, niemal na skrzyżowaniu Magill St. i Bernards Rd. Będącym w Adelaidzie, a pragnącym pozwiedzać okolicę autobusami miejskimi polecam punkt informacyjny na King William St., każdy dowie się wszystkiego o każdej linii oraz zostanie wyposażony w wszystkie komplety map dotyczących tychże.  Ostatni z uniwersytetów, a mianowicie Flinders University odpuściliśmy sobie, wiedząc, że  jest daleko, poza tym w trzecim dniu pobytu w Adeli umówiliśmy się z Stanem, naszym "sieciowym” znajomym.

Przed spotkaniem po raz pierwszy chyba w życiu odczuwałem dziwny niepokój (od lat pracując jako handlowiec nieustannie poznawałem setki nowych osób), jak ten obcy w końcu człowiek, odebrał naszą propozycję spotkania, zaproponowanego w ostatnim momencie. Zupełnie niepotrzebnie, Stan okazał się fantastycznym człowiekiem, doskonałym kompanem, słuchaczem i doradcą. Spędziliśmy wspaniały wieczór przy winie (pozdrowienia dla Charlie z doskonałej winiarni), a za dwa dni zwiedziliśmy z autorem tejże strony piękne peryferia Adelaidy, Glenelg, Henley Beach i wiele innych, pięknych miejsc.

Dzięki i  wierzę głęboko Stan, że będziemy mieli okazję Ci się za wszystko w przyszłości zrewanżować!

Postanowiliśmy w pełni zaufać w kwestiach edukacyjnych firmie Stana, co też radzę każdemu kto ma zamiar kształcić się w Australii, ponieważ obok cech charakteru towarzysza odpoczynku, to również, a może przede wszystkim profesjonalista i doskonały przedsiębiorca, nieustannie dbający o interesy swych klientów.

Jeden z dni spędzonych w Adelaidzie poświęciliśmy niemal w całości na pobyt w ogrodzie botanicznym, który dla mnie jawi się jako ekwiwalent Edenu, jeżeli ten tylko istnieje. Różnorodność roślin, odcieni zieleni, wielość gatunków ptaków i cisza pozwala doskonale odpocząć i przysłowiowo cieszyć się życiem. Doskonałą formą aktywnego odpoczynku było dla mnie również odwiedzenie kościołów Adelaidy, poznanie ich historii i architektury, w samym City jest ich dwadzieścia i reprezentują niemal wszystkie religie świata.

 

Przez kilka lat mieszkaliśmy w małej wsi pod Cieszynem, z której w latach osiemdziesiątych wyjechała do Adelaidy rodzina, spokrewniona z naszymi przyjaciółmi. Realizując ich prośbę, skontaktowaliśmy się z członkami owej familii chcąc przekazać im zdjęcia z Polski. Dawno już nie przeżyliśmy tak fantastycznych chwil z ludźmi dopiero co poznanymi, po Stanie kolejni członkowie Poloni australijskiej okazali się cudowni.

Mam wrażenie, że to zupełni inni emigranci, niż Ci z Niemiec, czy też z USA. Razem zwiedziliśmy Victor Harbor, dzięki nim poznaliśmy parę Polaków mieszkającą w Australii niemal od 40 lat, posiadających firmę „Polana”, znaną z hodowli saren i danieli, poznaliśmy wiele uroczych zakątków i przegadaliśmy wiele godzin przy butelce doskonałego piwa Coopers. Soniu, Danko, Urszulo, Jasiu, Rychu  dziękujemy i pozdrawiamy, licząc, że znów nasze drogi się zejdą.

Na Adelaidę postanowiliśmy poświęcić prawie dwa tygodnie z naszego australijskiego pobytu, zakładając, że stanie się ona bazą do wypadów, które zaaranżujemy na miejscu. Tak się też stało, w miejscowym biurze podróży wykupiliśmy sobie jednodniową wycieczkę do Barossa Valley oraz dwudniową na Kangaroo Island.

Barossa to miejsce na ziemi, gdzie niepodzielnie rządzi Bahus, a jego wyznawcy uprawiają winorośl i z kunsztem poetów tworzą wino, które leczy ciało, umysł i duszę. Nie będę opisywał smaków win tam produkowanych, gdyż była by to czysta profanacja, jedynie namawiam wszystkich będących w okolicach Adelaidy do odwiedzenia jak największej ilości winnic, każda zaskakuje czymś innym, od różnorodności uprawianych szczepów winnych, poprzez doskonałość smaku, aromatu i bukietu wina do wielkości i architektury. Nie pomijajcie nawet tych najmniejszych, gdyż każda jest niepowtarzalna, tworząc nową historię australijskiego przemysłu winnego.

Wyspa Kangura to kolejne cudowne miejsce na tej planecie, które oszałamia wielorodnością fauny i flory. Dostać się na nią można tak, jak uczyniliśmy my, czyli płynąc 40 minut promem,  z Cape Jervis, lub lecąc awionetką z Adelaidy do „stolicy” tej wyspy Kingscote.

Wyspa ta oferuje bezpośredni kontakt z kangurami, koala, lwami morskimi, fokami nowozelandzkimi, całym ptactwem Australii, zapewnia wspaniałe wrażenia estetyczne, serwując widoki tak różnorodne, że zapiera dech w piersi, od jaskiń poprzez klify, urwiska skalne, piękne piaszczyste plaże do części nazywanej Saharą, pokrytej piachem i rzadką roślinnością. Polecam zobaczenie farm owiec, produkujących doskonałe sery, wytwórni olejku eukaliptusowego, twórców doskonałego miodu i wielu innych punktów na tej niewielkiej bo liczącej 150 na 50 kilometrów krainie. Kangaroo Island to niewątpliwie wyspa dostarczająca cudowne przeżycia i wspomnienia.

Na pewno, jeżeli życie pozwoli, wrócimy tam jeszcze i to na dłużej, niż nasze dotychczasowe dwa dni.

Jeżeli ktoś będzie miał okazję zwiedzać to miejsce, a jego przewodnikiem będzie niski, wiecznie rechoczący z wszystkiego, uśmiechnięty, mówiący z prędkością karabinu maszynowego z niezrozumiałym nawet czasami dla Australijczyków akcentem osobnik, to niech będzie pewien,  że to Jeff „Szalony”, który twierdzi, że pracując tyle lat z turystami z całego świata, wciąż jedynie nie może rozróżnić polskiego od języka, którym posługują się w Burkina Faso. Jeff to swój chłop, tylko leń językowy, nie chciał się nauczyć za nic na świecie naszego kultowego hasła „Grzegorz Brzęczyszczykiewicz”.

Powoli przyszło nam się żegnać z Adelaidą, ze smutkiem wsiadaliśmy na pokład B 737 należącego do linii Qantas, mimo, że staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej, mieliśmy pewien niedosyt, że brakło nam trochę czasu. Cały przelot do Sydney poświęciliśmy na analizę wszystkiego co widzieliśmy, co przeżyliśmy, dochodząc do oczywistych wniosków, że Stan doskonale prezentuje to miasto na swej stronie, że jesteśmy pewni, że to jest to miejsce, gdzie chcielibyśmy spędzić wiele, mam nadzieję, jeszcze lat naszego życia, że ludzie, których mieliśmy okazję poznać to wartościowi, serdeczni i uczciwi przedstawiciele rasy Homo Sapiens.

Na pewno Australia ma dziesiątki pięknych miast, jednak dla nas Adelaida jest jak ta miłość od pierwszego wejrzenia, od pierwszego słowa, od pierwszego dotyku, są piękniejsze, my jednak zawsze mimo różnych kolei losów wzdychamy tylko do niej.

Nie powiedzieliśmy żegnaj, tylko do rychłego zobaczenia Adelaide.

 

SYDNEY

Trudno mi pisać o naszym pobycie i tym, co przeżyliśmy i zobaczyliśmy w kolejnym cudownym mieście Australii, gdyż wszystko to było odzwierciedleniem innych relacji na różnych stronach internretowych.

Mając tylko tydzień na tak ogromne miasto, oferujące tysiące atrakcji, musieliśmy wpierw dotknąć nogą miejsc niejako już kultowych, gdyż ich nie zobaczenie mogło narazić nas na ostracyzm znajomych po powrocie pytających tylko o Harbour Bridge, Opera House czy też Sydney Tower. Tak naprawdę to sami gnaliśmy tam, aby zrobić sobie zdjęcia z tych magicznych punktów, znanych dotychczas tylko z klatek filmowych.

Tydzień był wypełniony co do minuty, wieczorami wracaliśmy do hotelu resztką sił, jednak szczęśliwi, że było nam dane zobaczyć to, co nie każdemu z naszego kraju. Na lotnisku można otrzymać bezpłatnie przewodnik po atrakcjach Sydney, mający 160 stron, aby przebrnąć przez niego i zrealizować wszystkie punkty potrzeba nie tygodnia, lecz roku i kieszonkowego, jakie daje politykom Lew Rywin, znany polski filantrop.

Z muzeów polecam Australian Museum, Art. Gallery of New Wales oraz Australian National Maritime Museum, zobaczcie koniecznie Aquarium, Zoo, obserwatorium, Royal Botanic Gardens, Chinese Garden, popłyńcie promami, które kursują jak autobusy MZK do wielu dzielnic, poleniuchujcie na wspaniałych plażach Bondi i Manly, nie dajcie poparzyć się meduzie, co uczyniła moja żona (byliśmy naprawdę przerażeni), odwiedźcie chińsko- malezyjsko- mongolską restaurację w dzielnicy Darling Harbour, której strzeże ogromny posąg Buddy, przejedźcie się napowietrzną kolejką Monorail, a wtedy będziecie mieli do zobaczenia tak, jak my jeszcze 999 miejsc i tyleż innych atrakcji. Miasto jest ogromne, przytłacza wręcz swą liczbą turystów i mieszkańców, nie dając chwili wytchnienia, kusząc mnogością ofert. Nawet w stylu ubierania się i dbania o sylwetkę widać ogromną różnicę z Adelaidą, tam mniejsze dbanie o kilogramy i strój, tutaj elegancja i blichtr.

Ważąc 110 kg wolę ulicę stolicy Południowej Australii.

Po trzech tygodniach, spakowani, uzbrojeni w prezenty dla niemal całej rodziny, w 36 stopniowym upale, usadowiliśmy się w fotelach samolotu i polecieliśmy do kraju naszych ojców i przodków.

To smutne, lecz sprawdzając serwisy internetowe uświadomiłem sobie, że wracamy do tego samego piekiełka, że Miller nie okazał się kobietą i nie uciekł z Michnikiem i forsą Rywina do Prenambuko, że nie będzie już serwisów z porannych wiadomości australijskich mówiących, że krowa farmera z Tarcoola wpadła pod pociąg drogowy, a czołowy gracz w krykieta złamał sam sobie karierę pijąc syrop ze środkami dopingującymi, dopiero na trzecim miejscu informując o spotkaniu swego premiera z prezydentem USA, które nie stresują zwykłych obywateli, jak horrory serwowane przez naszych dziennikarzy, relacjonujących poczynania „elit politycznych”.

Po wylądowaniu  na Okęciu, stojąc pod plakatem „Witamy w centrum Europy”, gdy dowiedziałem się, że nasze bagaże nie zostały odebrane z Wiednia, widząc ironiczne uśmiechy pań z biura reklamacyjnego zachciało mi się krzyczeć „JA CHCĘ Z POWROTEM!!!”.

Mam nadzieję i wiarę w sobie, że to nastąpi!!!

 

P.S. Dziękujemy wszystkim, których mieliśmy przyjemność poznać na australijskiej ziemi, jak również i w powietrzu, Henryk dla Ciebie specjalne podziękowania za całokształt, wdzięczni za otrzymane łaski z prośbą o dalsze!!!

 

ELWIRA I GRZEGORZ     

 

UWAGA: to nie koniec. Teraz niespodzianka i zdjecia.


powrot do gory