Strona powstala 27.08.2001  
  Strona Glowna Kontakt O stronie Ogloszenia Szukaj: wedlug slow kluczowych - wedlug pytan

 

Kuba napisal do mnie niecaly rok temu, jako staly czytelnik tej strony. Staral się wtedy o wizę i bardzo interesowalo go wszystko, co dotyczy Australii.

Kuba interesuje sie papugami i chcial je w Krainie Oz obserwować na wolności.

Pamiętam, odpisalem mu, ze juz niedlugo wrzeszczące papugi beda przeszkadzaly nam w rozmowie ...

Zaiste, tak sie stalo, w pare miesięcy pozniej, a jak do tego doszlo ... opisuje sam Kuba.

 

Stan

marzec 2004

GONIĄC ZA PAPUGAMI

 

Czesc V

 

<< odcinek poprzedni

 

 

 

 

 

 


Część V

29-30.11.2003. Kangaroo Island.

 

Jedziemy na Kangaroo Island!! Jestem bardzo podekscytowany (nic nowego ;-)). Rano oczywiscie straszna panika że nie zdążymy na prom (mialem wstać pierwszy i wszystkich budzić ale oczywiscie tak mi się dobrze spało…;-)), później jak juz jechaliśmy okazało się że babcia Gienia i Patryk nie mają paszportów potrzebnych na prom (chyba w razie jakiegoś wypadku, w celu identyfikacji) no i musieliśmy się wracać. Jechaliśmy dwoma samochodami, w większym było siedem osób, w mniejszym byłem ja, Kasia, Peter, Patryk i Lucynka.

Prom odpływał o 9.00 z Cape Jerwis, ledwie zdążyliśmy. Płynęliśmy promem „Sealink”, dokładnie tym który widziałem na folderach od Radka. Był wielki, nawet komfortowy. Tylko pogoda nie była australijska. Wprawdzie było dość ciepło i nie padało, jednak brakowało mi słońca. Po 45 minutach dopłynęliśmy do Pennshaw. Niestety nie widziałem delfinów, może też nie lubią takiej pogody. 

 

 

Wyobrażałem sobie że Pennshaw będzie małym miasteczkiem, a tam było tylko kilka domów i oczywiście punkt informacyjny, w którym można było uzyskać wszelkie informacje: co gdzie i kiedy, co warto zobaczyć na wyspie. Oczywiście można było dostać ZA DARMO masę różnych folderów. W ogóle to jak patrzyłem na mapę, wyobrażałem sobie że ta wyspa jest bardziej cywilizowana. Okazało się że się myliłem- na szczęście. W ogóle to każde miejsce które odwiedzałem w Australii wyobrażałem sobie inaczej, na szczęście zawsze byłem bardzo mile rozczarowany.

Wyspa Kangura jest trzecią co do wielkości wyspą Australii (po Tasmanii i wyspie Melville’a na północ od Darwin). Jest bardzo „dzika”. Nawet drogi w większości są bite, nie asfaltowe. Wyspa jest długa na 155 km. i pokryta masą parków narodowych, parków dzikich zwierząt i rezerwatów przyrody. Mięliśmy w planie odwiedzić większość z nich, co mnie bardzo ucieszyło. Dla mnie to był po prostu raj na ziemi!

 

 

 

 

 

 

Zjadamy szybkie śniadanko w plenerze, idziemy do punktu informacyjnego po wskazówki (ja zabieram ze sobą oczywiście trochę „makulatury” (folderów), które zamierzam wziąć do Polski i... ruszamy na podbój! Pierwszym miejscem jakie mamy odwiedzić jest Seal Bay Conservation Park.

Czekamy na panią przewodnik, bo tylko ze strażnikiem można zejść na plażę. Jest to cudowne, malownicze miejsce, z piękną plażą na której wylegiwało się kilkadziesiąt osobników australijskich słoni morskich (uchatek australijskich). Pani przewodnik wiele o nich mówiła, a robiła to tak wyraźnie, że spokojnie ją rozumiałem. Nawet odważyłem się coś zapytać. Powiedziała, że jest to 3-cia co do wielkości kolonia tego gatunku na świecie. Niestety było pochmurno, ale i tak parę zdjęć udało mi się zrobić. Podobno miejsce to ma dużo większy urok podczas słonecznej pogody, jednak na mnie i tak zrobiło naprawdę niesamowite wrażenie.

 

 

 

 

 

 

Następnym miejscem jakie nasza „drużyna” odwiedziła były jaskinie Kelly Hill, znajdujące się na terenie parku ochrony przyrody chyba o tej samej nazwie. Jaskinie są piękne i stare - ich wiek oceniany jest na około 500 tyś. lat ale jak powiedziała nasza przewodniczka tylko dlatego, że urządzenia użyte do tego pomiaru na tyle tylko pozwalają. Gdy wyszliśmy, widzieliśmy kilkanaście dzikich kangurów pasących się dookoła.

 

 

Trochę wcześniej padało, ale jak juz wyszliśmy zaczynało pięknie świecić słońce. Po parku pojechalismy zameldować się w hotelu. Bylo to miejsce w środku buszu, z parterowymi drewnianymi domkami, każdy z werandą. Piekne ekskluzywne pokoje, każdy z telewizorem telefonem i innymi luksusami i wcale nie taki drogi, za nocleg płaciliśmy 85 $ ze śniadankiem, była herbatka, kawusia pyszny dżemik i masełko prosto z  Nowej Zelandii .

Po zameldowaniu się w hotelu i rozglądnięciu się po okolicy (znaczy po lesie eukaliptusowym ;-))  pojechaliśmy zwiedzać południowo- zachodnie wybrzeże: Remarkable Rocks i Admirals Arch na Cape Du Couedic (nie wiem skąd ta nazwa), znajdujące się na terenie  Flinders Chase National Park .  NESAMOWICIE PIEKNE MIEJSCA !!!! Tego co tam zobaczyłem, nie da się opisać słowami. Skały jakby wyrzeźbione, dookoła niska zielona roślinność nadmorska, błękitno-turkusowy ocean i błękit nieba...  Mało tego, widzieliśmy jeszcze niedużą kolonię słoni morskich nowozelandzkich! To było chyba najpiękniejsze miejsce jakie widziałem na wyspie, może dlatego, że akurat pięknie świeciło słońce co dodawało wiele uroku.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie spędziliśmy tam wiele czasu bo musieliśmy już jechać na kolację do naszego hoteliku.  Wracając widzieliśmy też dzikie kapodzioby /Cereopsis novaehollandiae/- moje pierwsze w życiu! Może dlatego się tak cieszyłem, że mamy je w naszym ZOO i mogłem zobaczyć w jakim środowisku naprawdę żyją (to takie bardzo charakterystyczne gęsi wyglądające jednak bardziej jak kaczki).

 

 

Widzieliśmy też kangury z wyspy kangura- gatunek różniący się od tych lądowych, jednak z daleka nie było widać żadnych różnic.

Wieczorkiem strasznie głodni, poszliśmy na obiad- byłem tak głodny że myślałem że się nie doczekam. Owszem, trwało to dobre 20 minut jednak warto było! Tak pysznej ryby jeszcze nie jadłem! (King George Whiting-polecam!).

Wieczorkiem oczywiście relaks, pograliśmy w tenisa stołowego. Wcześniej jeden pan powiedział nam, żebyśmy zaopatrzyli się w jabłka, jeśli chcemy pokarmić oposy (w Australii zwane possumami), które przychodzą pod nasz hotel co wieczór. Siedzieliśmy w jednym z naszych pokoi opowiadając wrażenia z całego dnia. Oczywiście ja ciągle wychodziłem przed domek sprawdzając czy przypadkiem „coś” nie przyszło. Ale nic. Cisza. Skończyliśmy posiedzenie i zaczęliśmy się rozchodzić do swoich pokoi. Wyszedłem przed domek i coś mi śmignęło koło krzewów. Jest! Przyszedł opos, a właściwie to dwa! Szybko poleciałem po aparat i kamerę żeby uwiecznić pierwsze spotkanie. Były super! Matka z młodym już po chwili siedziała na barierce tarasu i wcinała jabłka! Młody był nieco płochliwy, jednak matka to niemal dała się wziąć na ręce. Jadły z ręki jabłka I wogóle się nie bały! Po dniu pełnym wrażeń prysznic, telewizja i spanko, jutro dzień pewnie nie mniej ciekawy jak dziś więc trzeba się wyspać!

 

 

Rano nikomu nie chciało się wstać. Obudziłem się koło dziewiątej. Włączam telewizor i..- prędzej bym się spodziewał że ducha zobaczę! Afera Rywina w Australii!  Nawet tutaj dotarła. Nieźle. Ale przez chwilę poczułem się jak w domu...

Jak już zebrała się ekipa poszliśmy na śniadanko. Dżemik, pyszne masełko, grzaneczki, miód oraz sałatka z owoców- pychotka! Niestety pogoda była tylko jako-taka wiec o kąpieli w oceanie nie bylo mowy, przynajmniej dla mnie bo nie cierpię zimnej wody. Spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy dalej na podbój wyspy. Przez większość czasu jechaliśmy pięknymi, czerwonymi drogami.

 

 

Pierwszą atrakcją był Koala Walk. Jest to aleja eukaliptusowa w środku buszu, na których to mieszkają sobie koala. Nie było chyba drzewa, na którym było przynajmniej 2-3 miśki. Jeden nawet do nas zszedł, w ogóle się nie bał i dał sie z bliska oglądnąć! Chyba przyzwyczajone do turystów!

 

 

Jechaliśmy tym razem z południowo- zachodniego krańca wyspy, zatrzymując się w wielu miejscach na krótkie spacerki po plaży. Niestety było nieco pochmurno, czasem tylko wyglądało słonko, jednak i tak miejsca te wyglądały pięknie. W ogóle cała wyspa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, może przez swoją dzikość i odosobnienie. Taki mały koniec świata.

 

 

Na koniec pojechaliśmy jeszcze zobaczyć karmienie pelikanów w Kingscote. Był tam pan, który za własne pieniądze kupował ryby i karmił nimi ptaki. Pelikany były tak nauczone, że codziennie o tej samej porze przylatywały na „małe co nieco”. Zresztą nie tylko one, wszędobylskie i wścibskie mewy tez się nauczyły. Były tak bezczelne, że wyrywały ryby z ręki w powietrzu! Mało tego, czasem nawet kradły je pelikanom, a jak któraś nie zdążyła zjeść ryby w powietrzu tylko lądowała z nią na wodzie, prawie na pewno już jej zjeść nie zdążyła. Widowisko było całkiem fajne.

 

 

Pozostało tylko wracać do domku. Dwa dni zleciały bardzo szybko, niestety... Jednak jeszcze miało się coś wydarzyć. Podczas gdy czekaliśmy na prom, pierwszy raz zobaczyłem delfina! A właściwie to pierwszy zauważył go Marek. Wprawdzie była to tylko  górna część delfina ale zawsze coś!  Później na promie widzieli dwa, ale ja nie zdążyłem ich zobaczyć.

Zrobiłem masę zdjęć (normalka ;-)), ale ani one ani video, nie oddadzą nawet części tego, co zobaczy się na własne oczy na Kangaroo Island. Jedno wiem na pewno, że jeżeli zdrówko pozwoli i będzie mnie stać, w przyszłości na pewno tu wrócę!!

CDN...